Rolnictwo

Grad zabrał 4560 ha w kwadrans. Teraz rolnicy liczą, ile z tego odda polisa

17.07.2026
Udostępnij artykuł:
30 czerwca superkomórka burzowa przeszła nad powiatem leszczyńskim i w piętnaście minut położyła zboża, rzepak, kukurydzę i buraki. W samej gminie Lipno straty powyżej 70 proc. objęły 4560 ha u blisko 200 gospodarzy. Dwa tygodnie później rzeczoznawcy skończyli chodzić po polach, a rolnicy mówią to samo: wycena ma się nijak do tego, co zostało na polu.
zdjecie-1

Burza z gradem przeszła nad gminami Lipno i Krzywiń 30 czerwca, a nawałnice ciągnęły się jeszcze 1 lipca. Największe zniszczenia zebrał powiat leszczyński. W samej gminie Lipno żywioł dotknął około 75 proc. wszystkich użytków rolnych — straty przekraczające 70 proc. gmina naliczyła na 4560 ha u blisko 200 rolników. Poszło wszystko, co akurat stało na polu: zboża, rzepak, kukurydza, buraki cukrowe i warzywa. W części pól kukurydzy woda stała na 1,2 metra.

 

Wielkopolska Izba Rolnicza zwróciła się do wojewody o uruchomienie procedur, które otworzą poszkodowanym drogę do ustawowej pomocy.

 

- Na wielu polach w powiecie leszczyńskim straty wynoszą od 70 do nawet 100 proc. - podała Wielkopolska Izba Rolnicza w apelu do wojewody wielkopolskiego. - Zniszczenie upraw przez grad pozwala na powołanie się na tzw. siłę wyższą lub nadzwyczajne okoliczności.

 

W skali pojedynczego gospodarstwa liczby wyglądają tak: Waldemar Tomaszewski z Żakowa w gminie Lipno stracił 95 proc. jęczmienia i 92 proc. pszenicy. Leszek Nowak z Wyciążkowa liczy 60 proc. straty w zbożu i 76 proc. w rzepaku na 14 ha. U Dobickich z Karolewka w gminie Święciechowa grad zabrał 24 z 36 ha kukurydzy. Kukurydza była paszą.

 

- Zniszczeniu uległy praktycznie wszystkie uprawy. Łącznie jest to 14,65 ha - mówi Waldemar Tomaszewski, rolnik z Żakowa. - Nie jestem zadowolony z wyceny. Największym problemem jest teraz baza paszowa.

 

Po polach chodzili rzeczoznawcy Generali, PZU i Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych. I tu zaczyna się drugi problem, niezależny od gradu. Sąsiadujące pola, uderzone tą samą chmurą w ten sam kwadrans, dostały od różnych ubezpieczycieli różne wyceny straty. Rolnik nie kupuje więc ochrony o znanej wartości — kupuje ochronę, której wysokość pozna dopiero po szkodzie.

 

- Dzisiaj każda firma ubezpieczeniowa szacuje szkody trochę inaczej - zaznacza Lidia Dobicka, rolniczka z Karolewka. - Płacisz i nie masz żadnej gwarancji. Pojawia się pytanie, czy nie rozsądniej byłoby odkładać równowartość składek na własny fundusz rezerwowy?

 

Dobicka ma punkt odniesienia. Po gradobiciu w 2017 r. jej szkody oszacowano poniżej progu, od którego ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie.

 

Grad trafił przy tym w gospodarstwa, które i bez niego nie miały zapasu. W gospodarstwie Nowaka warchlak schodzi po 150 zł za sztukę, czyli bez zysku. Przy takiej opłacalności nie ma z czego odtworzyć zniszczonego zasiewu ani dokupić paszy, której zabrakło razem z kukurydzą.

 

- Zastanawiamy się, w jaki sposób będzie nas ratował polski rząd, bo my byśmy sobie poradzili ze skutkami tego gradobicia, gdyby nie niska opłacalność - mówi Leszek Nowak, rolnik z Wyciążkowa. - Jeśli pozbieramy 20 proc. tego, co jest, to będzie dużo.

 

Minister rolnictwa Stefan Krajewski obejrzał zniszczone pola i zapowiedział szybkie szacowanie szkód oraz przyspieszone zaliczki dopłat bezpośrednich. Komisje gminne pracowały w trybie ciągłym. Dla gospodarstw, które straciły bazę paszową na cały sezon, zaliczka dopłaty rozwiązuje jednak inny problem niż ten, który mają teraz w oborze.

źródło: Wielkopolska Izba Rolnicza, MRiRW, UG Lipno

avatar
Redakcja Igrit.pl
Oceń ten artykuł
(0/5 na podstawie 0 głosów