Lipcowa fala protestów ma jeden wspólny mianownik: ceny skupu w wielu sektorach nie pokrywają już kosztów produkcji. Rolnicy wskazują na mleko, trzodę, bydło, drób i zboża — wszędzie stawki zeszły do poziomów, przy których produkcja przestaje się opłacać. 13 lipca w Warszawie zebrał się Oddolny Ogólnopolski Protest Rolników, dzień później pod resort ruszyła Rolnicza „Solidarność".
W tym samym czasie zarząd Krajowej Rady Izb Rolniczych złożył do Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi wniosek o wzmożenie kontroli żywności i produktów rolnych importowanych do Polski, w szczególności spoza Unii Europejskiej.
- Obecny system kontroli, pomimo obowiązywania przepisów krajowych i unijnych, nie zapewnia ochrony polskich konsumentów przed napływem produktów niespełniających standardów obowiązujących producentów w Unii Europejskiej - czytamy we wniosku zarządu KRIR.
Chodzi o prosty rachunek. Polski producent musi trzymać unijne normy — środki ochrony roślin, dobrostan, ślad środowiskowy — a towar zza wschodniej granicy czy z państw trzecich tych wymogów spełniać nie musi, a trafia na tę samą półkę taniej. Rolnik konkuruje ceną z produktem, który powstał przy niższych kosztach i luźniejszych regułach.
Rząd studzi jednocześnie oczekiwania na dopłaty. Hodowcy trzody liczyli na wsparcie rzędu 100 zł do tucznika, ale minister rolnictwa te postulaty odrzucił.
- Nie da się do wszystkiego dopłacić - przyznał Stefan Krajewski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.
Resort sygnalizuje za to inny kierunek: ewentualne zmiany na rynku, w tym w kwestii importu zboża z Ukrainy, mają być możliwe dopiero po wypracowaniu mechanizmów chroniących krajowy rynek. Dla protestujących to za mało i za wolno — stąd kukła ministra i wóz z obornikiem pod resortem. Spór o opłacalność produkcji i nierówną konkurencję z importem wchodzi w kolejną odsłonę.
źródło: KRIR, MRiRW




