Burze z gradem przeszły nad krajem w sobotę i niedzielę, najmocniej uderzając w Dolny Śląsk. Lokalnie towarzyszyły im ulewy — w niektórych gospodarstwach spadło około 50 litrów wody na metr kwadratowy w piątek i kolejne 20 litrów z gradem dzień później. Pojedyncze gradobicie trwało kilkanaście minut, ale w tym czasie potrafiło położyć plantację, nad którą pracowano cały rok.
Zniszczenia objęły praktycznie wszystko, co stoi teraz na polu: soję, kukurydzę, jęczmień, buraki cukrowe, rzepak przed żniwami, a miejscami sady i warzywa. Na Dolnym Śląsku część plantacji soi straciła kilkadziesiąt procent obsady, a łany kukurydzy zostały dosłownie posiekane. W najmocniej dotkniętych miejscowościach straty sięgają 100 proc. — pola nadają się już tylko do zaorania.
Termin jest najgorszy z możliwych. Rośliny są w pełni wegetacji, tuż przed żniwami lub w fazie nalewania, i nie mają już czasu na regenerację. To kolejne uderzenie pogody w krótkim czasie — wcześniej ulewy kładły dojrzewające zboża, teraz grad dobija to, co zostało.
Najboleśniejsze jest to, że polisa nie zawsze ratuje — część poszkodowanych była ubezpieczona od gradu, ale ich umowy obejmował jeszcze okres karencji, więc odszkodowania nie będzie. To problem, który wraca przy każdej fali gwałtownej pogody na początku lata: ochrona zaczyna działać dopiero po kilku dniach od zawarcia umowy, a grad nie czeka.
W gminach ruszyło już przyjmowanie zgłoszeń i szacowanie strat przez komisje. IMGW przed weekendem wydał ostrzeżenia przed burzami z gradem, a w kolejnych dniach możliwe są następne — sezon burzowy dopiero się rozkręca.
źródło: IMGW-PIB




